Na Mazowszu wystartował kontrowersyjny program dla zwierząt. Od poniedziałku, gmina Sońsk wypłaca 1500 złotych każdemu, kto przygarnie bezdomnego psa ze schroniska. Urzędnicy liczą na oszczędności, ale w regionie wybuchła dyskusja.
W realiach Mazowsza, gdzie poza bogatą Warszawą całe powiaty zmagają się z biedą i bezrobociem, taka gotówka do ręki wywołała lawinę pytań. Wolontariusze alarmują, że do schroniska dzwonią ludzie, którzy zamiast o charakter psa, pytają… po jakim czasie można go porzucić, żeby nie oddawać kasy.
Biznes na bezdomnych zwierzętach? Porażające kulisy w schronisku
Samorządowy projekt pod chwytliwą nazwą „Becikowe na 4 łapy” miał być rzekomo szansą na lepsze życie dla czworonogów odłowionych z terenu gminy, które obecnie przebywają w schronisku w Pawłowie. Zainteresowanie programem faktycznie okazało się gigantyczne, ale jego kulisy są po prostu przerażające.
Opiekunowie zwierząt i wolontariusze z Pawłowa łapią się za głowy, słysząc, kto i w jakim celu zgłasza się po psy. Zamiast pytań o zdrowie zwierzaka, jego stosunek do dzieci czy nawyki, chętnych interesuje wyłącznie jedno: gotówka i to, jak się z niej rozliczyć.
Słyszymy pytania typu: ile czasu tego psa muszę trzymać, jakby mi się nie spodobał, żeby tych pieniędzy nie oddawać. Albo co będzie, jak ten pies mi zginie, czy będę musiał oddawać pieniądze?
– przytacza zszokowany Sebastian, jeden z wolontariuszy w schronisku w Pawłowie.
Obawiamy się, że będą takie osoby, które będą patrzyły na te psy pod kątem tylko i wyłącznie szybkiego zastrzyku finansowego
– dodaje ze smutkiem wolontariuszka Edyta.
Urzędnicy szukają oszczędności.
Skąd w ogóle pomysł na tak ryzykowny eksperyment społeczny? Odpowiedź jest prosta: pieniądze. Obecnie w schronisku przebywa 28 psów z terenu gminy Sońsk. Ich utrzymanie kosztuje podatników ponad 200 tysięcy złotych rocznie. Wypłacenie jednorazowo 1500 złotych „becikowego” to dla gminy czysty zysk i potężne oszczędności budżetowe.
Mieszkańcy i obrońcy praw zwierząt wprost mówią o braku wyobraźni i procedur, które mogłyby realnie zweryfikować intencje adoptujących. Co gorsza, słowa lokalnych włodarzy mogą wręcz zachęcać do nadużyć i rodzić patologie.
Jeżeli stanie się wypadek komunikacyjny i piesek zginie, nie oczekujemy zwrotu środków, czy w przypadku rzeczywistego zaginięcia. Oczywiście pieski są zaczipowane, jeśli się odnajdą, trafią do swojego właściciela
– tłumaczy wójt gminy Sońsk, Jarosław Muchowski, wierząc w odpowiedzialność mieszkańców.
Dla sceptyków to jednak gotowy przepis na dramat. Wystarczy, że pies „zaginie” w niewyjaśnionych okolicznościach w lesie kilka tygodni po wypłacie gotówki, a gmina nie będzie miała narzędzi, by odzyskać pieniądze i ukarać nieuczciwego właściciela.
Wizyty poadopcyjne zatrzymają falę nieszczęść?
Przedstawiciele podmiotów zajmujących się bezdomnymi zwierzętami starają się tonować nastroje i obiecują rygorystyczne kontrole. Zapewniają, że nikt nie dostanie psa „z marszu” prosto do bagażnika.
Zgodnie z zapowiedziami Grzegorza Brozdowskiego z Przedsiębiorstwa Usług Komunalnych w Ciechanowie, każdy chętny będzie musiał przejść obowiązkowe spacery integracyjne, a warunki bytowe psów będą kontrolowane. Wolontariusze mają przeprowadzać jedną lub dwie wizyty poadopcyjne w nowym domu czworonoga. Czy to jednak wystarczy, by upilnować 10 tysięcy złotych, które gmina może rozdać w ramach rocznego programu? Krytycy projektu uważają, że tworzenie mechanizmu finansowego w tak delikatnej materii jak adopcja żywych istot zawsze kończy się ich cierpieniem.
Marek Piotrowski
