Cztery kawałki betonu, zero chętnych i wielki wstyd. Fragmenty pomnika generała Zygmunta Berlinga od siedmiu lat gniją na praskim magazynie, a urzędnicy rozkładają ręce. Nikt, od muzealników po polityków, nie chce mieć u siebie „spadku” po czasach PRL.
To historia monumentu, który stał się największym wyrzutem sumienia Warszawy.
Wyrzuty sumienia w magazynie
Jeszcze do niedawna pomnik stał przy Trasie Łazienkowskiej, budząc kontrowersje i gniew mieszkańców. Dziś cztery części rozbitej rzeźby leżą zapomniane na działce administrowanej przez Zakład Gospodarowania Nieruchomościami na Pradze-Południe.
Choć dzielnica próbowała pozbyć się kłopotliwego „prezentu” i przekazać go do muzeum, każda placówka zamknęła przed generałem drzwi. Nikt nie chce dotknąć pamiątki po człowieku, który dla jednych był dowódcą, dla innych zdrajcą i współpracownikiem NKWD.
Zniszczyli go aktywiści, dobiły ustawy
Monument był solą w oku wielu warszawiaków od 1985 roku. Przez lata był regularnie dewastowany, aż w końcu przyszedł czas dekomunizacji. Jednak ostateczny cios zadała grupa aktywistów z Adamem Słomką na czele, którzy w sierpniu 2019 roku zdemolowali rzeźbę w pył.
Od tego momentu Berling w kawałkach zalega w magazynie. Stołeczny konserwator zabytków postawił sprawę jasno: pomnik nie może zostać odbudowany, bo zakazuje tego prawo.
Dla wielu naturalnym domem dla takich pamiątek jest muzeum. Jednak nawet Muzeum Historii Polski, które w zbiorach ma fragmenty pomnika Dzierżyńskiego czy słynnych „czterech śpiących”, kategorycznie odmówiło przyjęcia Berlinga. Argument? Interpretacja przepisów dekomunizacyjnych, która blokuje eksponowanie monumentu w przestrzeni publicznej.
W efekcie fragmenty rzeźby stały się „gorącym kartoflem”, którego nikt nie chce mieć w swoich dokumentach inwentarzowych.
Kim był generał Berling?
Postać generała do dziś dzieli Polaków jak mało która. Z jednej strony, dowódca I Dywizji Piechoty, który próbował wesprzeć powstańców warszawskich podczas krwawego desantu na Czerniaków. Z drugiej,człowiek, który poszedł na współpracę z NKWD, unikając Katynia, by później służyć interesom Stalina.
Krytycy przypominają, że wydał wyroki śmierci na żołnierzy podziemia niepodległościowego. Czy to właśnie ta „czarna karta” sprawia, że po 40 latach od postawienia pomnika, nikt nie chce go nawet w muzealnej piwnicy? Mocno na to zasłużył, gdy zamiast zachować się jak bohater, wybrał drogę zdrajcy.
Marta Grasegger
