To miało być sielankowe, niedzielne popołudnie nad Wisłą, a zamieniło się w sceny niczym z filmu przyrodniczego. Tłumy warszawiaków wypoczywających na plaży Poniatówka przeżyły chwile grozy, gdy z zarośli wyłoniło się stado dzików.
Zwierzęta, nic sobie nie robiąc z obecności setek ludzi, ruszyły prosto na rozgrzane grille. „Wsadzały pyski niemal do ognia!” – relacjonują świadkowie.
Dzika uczta nad Wisłą
Gdy nad Wisłą unosił się zapach pieczonej karkówki i kiełbasek, nikt nie spodziewał się, że do biesiady dołączą nieproszeni goście. Grupa dzików, zwabiona aromatem jedzenia, wyszła z nadwiślańskich krzaków i bez cienia strachu wmaszerowała między koce i leżaki. Plażowicze, którzy jeszcze chwilę wcześniej relaksowali się w słońcu, nagle znaleźli się oko w oko z potężnymi zwierzakami.
Wyszły z krzaków i od razu skierowały się między plażowiczów. Nie były agresywne, wyglądały raczej na oswojone i po prostu szukały jedzenia. Wsadzały ludziom pyski praktycznie do samych grilli!
– opowiada zszokowana czytelniczka portalu wawa.info.
Stalowe nerwy warszawiaków
Choć sytuacja wyglądała niebezpiecznie, warszawiacy pokazali, że „miejski survival” mają we krwi. Zamiast uciekać w popłochu, większość osób zachowała zimną krew.
Część plażowiczów spokojnie się odsunęła, dając zwierzętom wolną drogę, a inni chwycili za smartfony, by uwiecznić to niecodzienne spotkanie. Dzięki temu, że nikt nie prowokował watahy, zdarzenie zakończyło się bez ofiar, a dziki po krótkiej inspekcji rusztów wróciły w chaszcze.
Miasto to ich nowy dom
Niedzielny incydent na Poniatówce to kolejny dowód na to, że dzika zwierzyna czuje się w Warszawie jak u siebie. Eksperci ostrzegają: to, co dziś wygląda na zabawną scenkę z wakacji, może skończyć się tragicznie. Zwierzęta zwabione łatwym pożywieniem tracą naturalny lęk przed człowiekiem, co jest prostą drogą do groźnych wypadków.
Marek Piotrowski
