Sekundy od tragedii na torach w Błoniu. Choć policyjny radiowóz pojawił się na przejeździe zaledwie trzy minuty przed katastrofą, funkcjonariusz nie zdecydował się na wyłamanie rogatek. Komenda broni swojego pracownika, tłumacząc, że działał zgodnie z procedurami, podczas gdy prokuratura bada sprawę pod kątem sprowadzenia niebezpieczeństwa katastrofy.
Dramat na ulicy Poniatowskiego
Wszystko zaczęło się od awarii Forda. Auto odmówiło posłuszeństwa w najgorszym możliwym miejscu tj. na samym środku torowiska. Gdy kierowca i pasażer bezskutecznie próbowali zepchnąć pojazd, na miejscu pojawił się patrol policji wspierany przez żołnierza WOT.
Mimo obecności służb, auta nie udało się usunąć. Kiedy sygnalizacja świetlna zaczęła ostrzegać o nadjeżdżającym składzie, a szlabany opadły, policjanci i cywile musieli uciekać za zaporę. Chwilę później w Forda uderzyły dwa pociągi: najpierw relacji Szczecin-Rzeszów, a sekundy później jadący z przeciwka skład Warszawa–Frankfurt.
Dlaczego policjant nie wyłamał szlabanu?
Wielu obserwatorów zadawało pytanie: dlaczego funkcjonariusz nie wyłamał rogatki? Według oficjalnego stanowiska policji, taki ruch w tej konkretnej sytuacji niewiele by zmienił.
Wyłamanie rogatek nie zatrzymuje ruchu pociągów, a jedynie uruchamia system powiadamiania. Ten i tak musiał być uruchomiony przez policjanta za pośrednictwem służby dyżurnej
– wyjaśniła Portalowi Mazowieckiemu podinsp. Ewelina Gromek-Oćwieja z KPP dla Powiatu Warszawskiego Zachodniego.
Policja przekonuje, że funkcjonariusz zachował „przytomność umysłu”. Zamiast tracić czas na siłowanie się z barierą, postawił na tzw. powiadamianie kaskadowe – natychmiast przekazał informację dyżurnemu, który wprowadził ją do systemu, by ostrzec maszynistów. Gdy stało się jasne, że uderzenie jest nieuniknione, policjant wycofał radiowóz i nakazał wszystkim opuszczenie strefy zagrożenia.
Prokuratura sprawdza „bezpośrednie niebezpieczeństwo”
Mimo zapewnień rzeczniczki o prawidłowości działań, sprawa trafiła do Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Śledztwo toczy się w kierunku art. 174 Kodeksu karnego, dotyczącego sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym. Za taki czyn grozi do 8 lat więzienia.
Prokurator Piotr Skiba zaznacza, że na ten moment nikt nie usłyszał zarzutów. Śledczy badają teraz każdy element interwencji, w tym czas reakcji służb oraz zachowanie kierowcy Forda – który, jak już ustalono, był trzeźwy. Równolegle własny raport przygotowuje komisja kolejowa. PKP PLK już zapowiada, że będzie domagać się od sprawcy zdarzenia wysokiego odszkodowania za zniszczenie infrastruktury i taboru.
Roman Opolski
