To cud, że ta gigantyczna ciężarówka nie runęła z wysokości na dół. Na węźle Konotopa doszło do bardzo niebezpiecznego zdarzenia. Rozpędzony tir przebił bariery energochłonne i zawisł nad przepaścią, blokując kluczowy zjazd w kierunku lotniska.
Gdy strażacy wycinali kierowcę z zakleszczonej kabiny, wszystko okazało się jasne – za kółkiem siedział człowiek, który w ogóle nie powinien widzieć drogi, a co dopiero prowadzić wielotonowy zestaw
Horror na estakadzie. Bariery „zmiecione” z powierzchni ziemi
Siła uderzenia była potworna. Ciężarówka, prowadzona przez obywatela Litwy, z impetem wbiła się w zabezpieczenia wiaduktu, kompletnie je miażdżąc.
Pojazd stanął w poprzek, całkowicie paraliżując ruch na łącznicy S8 z trasą S2. Reporterzy na miejscu zdarzenia relacjonowali obraz nędzy i rozpaczy: zmielony metal barier i tir w nienaturalnym położeniu, który o włos uniknął upadku z estakady. Gdyby nie ułamek szczęścia, doszłoby do katastrofy, o której mówiłaby cała Polska.
Pijany „mistrz kierownicy”, czyli rekordzista z Litwy
Kiedy służby ratunkowe dotarły do poszkodowanego kierowcy, szybko stało się jasne, że przyczyną dramatu nie była awaria czy pogoda. Policjanci, którzy przebadali mężczyznę, przecierali oczy ze zdumienia. Alkomat pokazał prawie trzy promile alkoholu!
To stan, w którym ledwo trzyma się pion, a ten człowiek zdecydował się wyjechać na jedną z najruchliwszych tras w kraju. Zamiast do szpitala, kierowca po badaniach w karetce trafił prosto do policyjnego aresztu w Ożarowie Mazowieckim.
Paraliż w stronę lotniska. Wielka wyrwa w moście
Skutki tego pijackiego rajdu odczuły tysiące kierowców. Korki na węźle Konotopa ciągnęły się kilometrami, a trasa w stronę lotniska Chopina została całkowicie odcięta.
Strażacy godzinami walczyli o usunięcie wraka, ale to nie koniec problemów. GDDKiA zapowiedziała, że ruch nie zostanie przywrócony, dopóki wyrwa w barierach nie zostanie zabezpieczona betonowymi blokami.
Nie puścimy ruchu, dopóki nie zabezpieczymy przerwanych barier
– grzmią urzędnicy.
Pijany szofer zostawił po sobie nie tylko zniszczenia, ale i komunikacyjny armagedon.
Marta Grasegger
