Mieszkańcy bloku przy ul. Stępińskiej na Mokotowie przeżyli w te święta prawdziwy horror. Zamiast wielkanocnego spokoju – widok konających zwierząt i zapach utylizacji. Siedem dzików, w tym sześć młodych warchlaków, zostało uśmierconych na oczach lokatorów, a ich ciała wrzucono do czarnych kontenerów.
Podczas gdy aktywiści i poseł Łukasz Litewka mówią o „bezdusznej egzekucji”, Lasy Miejskie twardo bronią procedur.
Śmierć przy tulipanach. Przebieg dramatycznej interwencji
Wszystko zaczęło się od zgłoszenia lokatorki, którą zaniepokoiła obecność lochy z młodymi buszującej w osiedlowym ogródku. Reakcja służb była błyskawiczna, ale dla wielu – szokująca. Zamiast siatek do odłowu czy prób przepłoszenia, na miejscu pojawiły się strzykawki z trucizną.
To był strzał ze środkiem farmakologicznym. Zwierzę najpierw zasypia, a potem podawany jest środek do eutanazji
– tłumaczy Robert Strąk z Lasów Miejskich.
Aktywiści z grupy „Dziki zostają” relacjonują jednak sprawę znacznie drastyczniej: opisują pracownika wstrzykującego truciznę ostatniemu z dzików na środku trawnika, podczas gdy reszta martwej watahy leżała już obok.
Kontenery zamiast godności? „Zasady bioasekuracji”
Największe oburzenie wywołały zdjęcia martwych zwierząt wrzucanych do plastikowych kubłów na śmieci. Poseł Lewicy Łukasz Litewka ostro skomentował akcję w mediach społecznościowych, wytykając służbom Rafała Trzaskowskiego brutalność i brak empatii.
Dyrektor Lasów Miejskich, Karol Podgórski, odpiera zarzuty, zasłaniając się przepisami dotyczącymi ASF (Afrykańskiego Pomoru Świń).
Do transportu wykorzystywane są szczelne pojemniki, co zapobiega wyciekowi płynów ustrojowych. To kwestia bioasekuracji, a nie braku szacunku
– argumentuje dyrektor.
Obecnie Warszawa znajduje się w strefie objętej restrykcjami ASF. Oznacza to brutalną rzeczywistość, czyli zakaz odłowu z przemieszczeniem – złapane w mieście zwierzę nie może zostać wywiezione do lasu poza miasto. Alternatywą jest skuteczne przepłoszenie (co w gęstej zabudowie blisko ulic jest ryzykowne), albo uśmiercenie.
Tylko od 20 marca w stolicy zabito w ten sposób 50 dzików. Aktywiści alarmują, że podobne sceny miały miejsce ostatnio na placu zabaw na Bemowie oraz w parku przy szpitalu na Sobieskiego.
Czy da się uniknąć krwawych jatek?
Eksperci wskazują, że winę ponosimy również my – mieszkańcy. Prof. Jakub Gryz z SGGW podkreśla, że dziki przychodzą tam, gdzie jest jedzenie. Niepozamykane altany śmietnikowe i wystawianie bioodpadów to dla nich zaproszenie na darmową ucztę.
Mimo to, społecznicy apelują o zmianę prawa. Chcą, by zdrowe zwierzęta, które nie wykazują agresji, mogły być bezpiecznie relokowane, a nie zabijane na oczach bawiących się dzieci.
Obrazki zostaną dłużej niż te tulipany
– kwitują świadkowie wielkanocnej interwencji.
Piotr Gebert
