Niedzielny mecz zapadnie w pamięć kibiców Legii Warszawa jako moment przełomu. W meczu 24. kolejki Ekstraklasy, stołeczny zespół pokonał Cracovię 1:0, co pozwoliło podopiecznym Marka Papszuna wreszcie odetchnąć i wydostać się ze strefy spadkowej. Niespodziewanym architektem tego sukcesu został Mileta Rajović, napastnik, w którego wiarę stracili już niemal wszyscy.
Pechowa kontuzja i „niechciany” bohater
Mecz zaczął się od problemów kadrowych. Antonio Colak, który miał być kluczową postacią ataku, musiał opuścić boisko już po kwadransie z powodu urazu. Na murawie pojawił się Mileta Rajović, piłkarz, który w lidze nie trafił do siatki od września ubiegłego roku. Kibice zareagowali sceptycznie, ale los miał wobec Duńczyka inny plan.
W 39. minucie, po dużym zamieszaniu w polu karnym Cracovii i błędzie defensywy gości, Rajović dopadł do piłki i strzałem z trudnej pozycji otworzył wynik spotkania. To trafienie okazało się być warte trzy punkty.
Legia broni „pod kreską”
Po strzeleniu gola, Legia – zgodnie z filozofią Marka Papszuna – postawiła na twardą obronę. Cracovia, mimo dominacji w drugiej połowie, nie potrafiła znaleźć sposobu na dobrze dysponowanego bramkarza Otto Hindricha. Krakowianie, którzy w tym roku kalendarzowym notują fatalną serię, wyjeżdżają z Warszawy z pustymi rękami.
Tabela nie kłamie: Widzew w opałach
Dzięki temu zwycięstwu Legia awansowała na 15. miejsce w tabeli, spychając do strefy spadkowej Widzew Łódź. Sytuacja pozostaje jednak napięta, bo warszawiacy mają tylko punkt przewagi nad łodzianami, a w poniedziałek ich pozycję może jeszcze zagrozić Arka Gdynia.
Czy drugie zwycięstwo pod wodzą Marka Papszuna to zapowiedź trwałej poprawy formy „Wojskowych”? Kibice mają nadzieję, że bramka Rajovicia to symbol powrotu Legii na właściwe tory. Jedno jest pewne: walka o utrzymanie w Ekstraklasie w tym sezonie jest ostrzejsza niż kiedykolwiek.
Marta Grasegger
