Mieszkańcy gminy Kałuszyn zostali pozostawieni sami sobie z tykającą bombą ekologiczną. Rozmowy samorządowców w Ministerstwie Klimatu i Środowiska zakończyły się całkowitym fiaskiem, bo resort nie przyznał pieniędzy na usunięcie tysięcy beczek z toksycznymi odpadami, które od lat zatruwają życie lokalnej społeczności.
Ponad 6 tysięcy beczek i bezsilność władz
W Ryczołku, na prywatnej działce tuż przy strategicznych szlakach komunikacyjnych, zalega gigantyczne składowisko niebezpiecznych substancji. Ponad 6,5 tysiąca beczek porzuciła firma z Marek, która po wydzierżawieniu terenu zniknęła, okazując się typowym „słupem”. Od niemal czterech lat lokalne władze dobijają się do każdych możliwych drzwi, prosząc o pomoc w utylizacji odpadów.
Po prostu czekamy. Tak jak czekaliśmy te cztery lata, tak będziemy czekać dalej
– mówi z rezygnacją Anna Gujska, sołtys Ryczołka.
Niestety, w ostatniej puli rządowych środków na usuwanie nielegalnych składowisk Ryczołek został pominięty, co stawia przyszłość regionu pod znakiem zapytania.
Samorząd na krawędzi bankructwa
Problem rozbija się o gigantyczne pieniądze. Koszt usunięcia składowiska szacowany jest na 70 milionów złotych. Dla małej gminy Kałuszyn taka kwota to wyrok śmierci finansowej. Burmistrz Arkadiusz Czyżewski wskazuje na absurdalną sytuację prawną: aby ubiegać się o dotację, gmina musiałaby najpierw oficjalnie zobowiązać się do tzw. wykonania zastępczego.
Nakładam na swoją gminę zobowiązanie, że wykonam zadanie za 70 mln zł i nie dostaję dofinansowania. I co wtedy? Zostawią gminę z takim długiem?
– pyta retorycznie burmistrz Czyżewski. Bez gwarancji finansowych ze strony państwa, gmina nie odważy się na krok, który mógłby doprowadzić do jej bankructwa.
Strach przed skażeniem i „Mazowieckim Czarnobylem”
Mieszkańcy Ryczołka żyją w permanentnym stresie. Obawiają się nie tylko skażenia wód gruntowych, co zniszczyłoby okoliczne rolnictwo, ale przede wszystkim pożaru. Składowisko znajduje się w pobliżu drogi krajowej nr 92, autostrady A2, linii wysokiego napięcia oraz strategicznego lotniska wojskowego.
Gdyby doszło do zapłonu nieznanych substancji, scenariusz byłby katastrofalny. Burmistrz wprost nazywa to miejsce „mazowieckim Czarnobylem”, podkreślając, że w razie ognia strażacy mogliby jedynie ewakuować ludzi i pilnować, by pożar nie rozprzestrzenił się na boki.
Rozglądamy się za tym, żeby kupić sobie maski na wypadek skażenia chemicznego, co jest po prostu absurdalne w państwie, które pozwoliło na to, żeby takie wysypisko się tutaj pojawiło
– podkreśla Katarzyna Dróżdż, mieszkanka Ryczołka. Ludzie czują się porzuceni przez system, który nie potrafi zabezpieczyć ich podstawowego prawa do bezpieczeństwa. Kolejna szansa na dofinansowanie pojawi się dopiero jesienią, ale dla Ryczołka każdy dzień zwłoki to igranie z ogniem.
Roman Opolski
