To prawdziwa plaga, która niszczy prestiż stolicy. Od Placu Zbawiciela po elegancką Saską Kępę – nie ma miejsca, którego nie tknęłaby puszka sprayu. Choć ratusz wykłada miliony na ratowanie zabytków, a ekipy sprzątające dwoją się i troją, pseudografficiarze czują się bezkarni.
Czy Warszawa przegra wojnę o estetykę? „Nie da się każdego złapać za rękę” – słyszymy z ust urzędników, podczas gdy mieszkańcy patrzą na niszczone elewacje swoich kamienic.
Stop bazgrołom
Niegdyś wizytówka miejskiego szyku i artystycznego klimatu, dziś śmietnisko dla tagów. Plac Zbawiciela stał się poligonem doświadczalnym dla wandali.
Wystarczy chwila nieuwagi, by odnowiona za grube tysiące elewacja została oszpecona bezmyślnym gryzmołem. Miasto rusza z wielką akcją „STOP Bazgrołom”, ale front robót jest porażający. Specjalistyczne ekipy mają pracować do jesieni, czyszcząc tysiące wiat, koszy i ścian.
Miliony na stole, ale wspólnoty boją się remontów
Szokuje fakt, że mimo zarezerwowania przez ratusz aż 23 milionów złotych na dotacje dla zabytków, chętnych na usuwanie graffiti niemal nie ma! W tym roku wpłynęły zaledwie dwa wnioski. Dlaczego? Odpowiedź stołecznego konserwatora zabytków, Michała Krasuckiego, jest bolesna.
Wspólnoty podkreślają, że to dla nich duży wysiłek i sytuacja dosyć bezsensowna, ponieważ po długim procesie, następnego tygodnia może się znów pojawić bazgroł
– powiedział Portalowi Mazowieckiemu
Na prestiżowej ulicy Francuskiej koszt doprowadzenia jednej elewacji do porządku to nawet kilkanaście tysięcy złotych. Mieszkańcy czują, że to syzyfowa praca – dziś wyczyszczą, jutro rano zastaną nową „twórczość”.
Wandale kpią z kamer
Nawet pod samym biurem Konserwatora Zabytków dochodzi do regularnych ataków. Choć stosuje się specjalne powłoki antygraffiti, które ułatwiają zmywanie farby, wandalizm powraca jak bumerang. Największą bolączką okazuje się nieskuteczny monitoring. Kamery są, ale sprawcy i tak pozostają anonimowi.
To jest efektywne, ale nie działa monitoring. Mimo faktu, że są kamery, bazgroły pojawiają się regularnie co kilka tygodni
– punktuje Michał Krasucki.
Sztuka czy wandalizm? Granica jest cienka
Mieszkańcy Warszawy stają się coraz bardziej wyrozumiali dla murali i legalnego street artu, który potrafi ożywić szare osiedla motywami z mitologii czy historii. Jednak między przemyślanym dziełem a pospiesznym „tagiem” (podpisem) jest przepaść. Dla wandali liczy się prestiż w środowisku, im trudniej dostępne miejsce (np. dach kamienicy), tym większy poklask wśród innych graficiarzy.
Miejscy radni i aktywiści z „Miasto jest Nasze” alarmują, że Zakłady Gospodarowania Nieruchomościami (ZGN) nie wyrabiają z zadaniami. Bez zaostrzenia kar i zmiany przepisów na poziomie ogólnokrajowym, Warszawa pozostanie polem bitwy, na którym miasto jest w defensywie. Urzędnicy zapowiadają wypracowanie „szybszych mechanizmów”, ale czy zdążą, zanim stolica całkiem zniknie pod warstwą farby, to już inna sprawa.
Piotr Zych
