Legendarny Teatr Kamienica stał się elementem wyniszczającego konfliktu, który może zakończyć się prawdziwą katastrofą. Z jednej strony lokatorzy drżący o swoje bezpieczeństwo w pękającym budynku, z drugiej – ludzie kultury, którzy w remoncie widzą spisek mający na celu ich eksmisję. N
Na dziedzińcu stanęły już barierki, a atmosfera jest tak gęsta, że programy interwencyjne trzeba nagrywać poza terenem kamienicy, bo „ściany mogą runąć”.
Kamienica grozy – czy budynek wytrzyma napięcie?
Zabytkowy gmach przy alei „Solidarności” 93 sypie się w oczach. Mieszkańcy od lat alarmują, że ich dom to tykająca bomba zegarowa. Stan techniczny jest tak fatalny, że ekipy telewizyjne boją się wchodzić do środka z kamerami.
Oficjalna wersja? Wstępne prace ujawniły, że budynek jest w znacznie gorszym stanie, niż ktokolwiek przypuszczał. Każdy dodatkowy krok na korytarzu to ryzyko tragedii. Lokatorzy wskazują palcem na podziemia – ich zdaniem działalność teatru blokuje ratunkowe remonty i zagraża fundamentom.
Artystyczny lęk przed „rozpruciem”
Ludzie Teatru Kamienica widzą to zupełnie inaczej. Dla nich planowany remont to nie ratunek, a „trojański koń”. Artyści boją się, że pod płaszczykiem naprawy murów ktoś chce brutalnie „rozpruć” wnętrze teatru i raz na zawsze pozbyć się niewygodnej instytucji z prestiżowego adresu.
Padają mocne słowa o braku komunikacji i celowym niszczeniu dorobku wielu lat. To już nie jest spór o cegły, to walka o przetrwanie miejsca, które dla wielu jest świętością.
Barierki jak mur berliński
Symbolem tej sąsiedzkiej wojny stały się metalowe barierki, które nagle wyrosły na dziedzińcu. Dla wspólnoty mieszkaniowej to konieczne zabezpieczenie terenu i wymóg nadzoru budowlanego. Dla teatru, to jawna agresja i działanie „za plecami”.
Nowy zarząd kamienicy podkręca tempo, twierdząc, że nie ma już minuty do stracenia, podczas gdy przedstawiciele sceny alarmują o braku porozumienia. Jaki jest efekt tych działań? Klasyczny, polski pat, w którym obie strony są pewne swoich racji, a zabytkowa kamienica wciąż pęka, czekając na finał, który może nie być happy endem.
Marek Piotrowski
