Temat dzików terroryzujących warszawskie osiedla wraca z potężną siłą. Jak ustaliła nasza redakcja, za zamkniętymi drzwiami odbyło się pierwsze, ściśle tajne posiedzenie nowo powołanego zespołu ds. dzikich zwierząt. Ponad 50 osób ma zdecydować o losie warszawskich watah.
Zamiast dialogu mamy jednak gigantyczny skandal – naukowcy i społecznicy oskarżają miasto o oszustwo i marginalizowanie ich głosu, z kolei prawica drwi z „głupich pomysłów” i żąda twardej ochrony mieszkańców zamiast… sadzenia lawendy.
Pierwsze posiedzenie w cieniu podejrzeń
Ratusz ugiął się pod falą krytyki i powołał gigantyczne gremium, które ma okiełznać problem dzików w stolicy. Problem w tym, że pierwsze, organizacyjne spotkanie zorganizowano po cichu, bez jakichkolwiek zapowiedzi. Na dodatek strona społeczna, która wywalczyła powstanie tego zespołu, czuje się brutalnie zepchnięta na margines.
Radna Marta Szczepańska z Miasto Jest Nasze zgłosiła kilkunastu niezależnych ekspertów, ale miasto zaakceptowało zavedwie dwóch. Reszta składu to dla aktywistów wielka zagadka, bo pełna lista uczestników wciąż jest trzymana w tajemnicy. Skład niestety nie jest reprezentatywny jeśli chodzi o osoby, które doprowadziły do powołania tego zespołu i domagają się zmiany polityki miasta, przez co społecznicy głośno mówią, że wyciągnęli rękę, a dostali zaledwie palec.
Wielkie starcie w podgrupach
Władze Warszawy nie ukrywają, że wewnątrz zespołu dojdzie do potężnego starcia ideologicznego. Miasto chce wywalczyć w ministerstwie zmiany w prawie, które z powodu epidemii ASF zakazują wywożenia dzików z miast, choć od lat u zabitych osobników nie wykryto ani jednego przypadku tej choroby. Cel urzędników jest taki, żeby dziki były traktowane humanitarnie, a powrót do legalnej relokacji poza granice stolicy stał się faktem. Magdalena Młochowska, dyrektor koordynator ds. Zielonej Warszawy, wprost przyznaje, że w zespole będą ścierać się skrajne poglądy i liczy na trudne kompromisy.
Zupełnie inaczej sprawę widzi warszawska prawica, która w ogóle nie wierzy w sens tego gremium i grzmi, że bezpieczeństwo dzieci i dorosłych powinno być ważniejsze od ekologicznych eksperymentów. Radny Maciej Binkowski z Konfederacji i Ruchu Narodowego ostro punktuje pomysł, licząc, że w zespole znajdą się eksperci stojący na straży normalności, a nie ludzie z głupimi pomysłami, którzy zamiast dbać o mieszkańców będą sadzić lawendę.
Aktywiści zapowiadają patrzeć władzy na ręce
Podczas gdy dziki codziennie spacerują po Mokotowie czy Białołęce, zmuszając mieszkańców i aktywistów do ciągłych, nerwowych interwencji na własną rękę, tempo prac urzędników nie rzuca na kolana. Całe gremium czeka teraz na oficjalne rozporządzenie prezydenta Warszawy, a kolejne ogólne posiedzenie zaplanowano dopiero na wrzesień. Do tego czasu dyskusje mają toczyć się jedynie w mniejszych podzespołach. Niezależni eksperci, jak dr inż. Robert Skrzypczyński z Biura Urbanistyki Wieloratunkowej, zapowiadają, że nie odpuszczą, zamierzają dalej brać udział w pracach, pokazywać swoją perspektywę i na bieżąco informować mieszkańców o każdym kroku władzy. Wojna o kontrolę nad warszawską naturą dopiero się rozkręca
Marek Piotrowski
