To, co wydarzyło się w poniedziałek na Placu Szembeka, to najgorszy koszmar każdego rodzica. Wystarczyła sekunda, czyjaś brawura i rażące zlekceważenie przepisów, by życie małego, pięcioletniego chłopca zgasło na zawsze. Toyota, wyrzucona w powietrze siłą uderzenia, dachowała wprost w grupę ludzi czekających na zielone światło. Dla bezbronnego dziecka to był wyrok.
Dramat rozegrał się na ruchliwym skrzyżowaniu ulic Grochowskiej i Zamienieckiej. Scenariusz był brutalnie prosty: kierowca Forda, wykonując skręt w lewo, zignorował nadjeżdżającą Toyotę. Doszło do potężnego zderzenia, po którym japońskie auto zmieniło się w śmiercionośny pocisk.
Chłopiec już nie żył…
Choć na miejsce natychmiast wezwano służby, stan pięciolatka był beznadziejny. Lekarze ze Szpitala Dziecięcego przy ul. Niekłańskiej robili wszystko, co w ludzkiej mocy. Półgodzinna walka o każdą sekundę życia zakończyła się jednak najgorszym komunikatem.
Niestety, muszę potwierdzić śmierć pięciolatka. Chłopiec nie żył już w momencie, kiedy trafił do szpitala. Nasi lekarze podjęli półgodzinną reanimację, po której stwierdzili zgon. Przyczyną śmierci chłopca były rozległe obrażenia w wyniku wypadku komunikacyjnego. Matka chłopca również trafiła do szpitala. Na miejscu w szpitalu był jego ojciec
– poinformował późnym wieczorem Mariusz Mazurek, rzecznik prasowy Szpitala Dziecięcego im. prof. dr med. Jana Bogdanowicza.
Sekundy przed tragedią: Wymuszenie i dachowanie
Policjanci pracujący na miejscu zdarzenia nie mają wątpliwości, że do tragedii doprowadził błąd jednego z kierowców. To przez jego pośpiech i brak uwagi rozpadł się świat pewnej warszawskiej rodziny.
Toyota jechała ulicą Grochowską, Ford ulicą Zamieniecką, skręcał w lewo i wymusił pierwszeństwo. W efekcie Toyota dachowała i wbiła się na przejście dla pieszych, na których była kobieta z dzieckiem
– przekazuje mł. asp. Paweł Chmura ze stołecznej policji.
Rozpacz ojca, ranna matka
Świadkowie zdarzenia mówią o przerażających scenach. Matka chłopca, ranna w wypadku, patrzyła jak jej syn traci życie pod kołami zmiażdżonego auta. Ojciec, który przyjechał do szpitala, musiał zmierzyć się z wiadomością, której żaden rodzic nie powinien usłyszeć.
Teraz śledczy będą ustalać, z jaką prędkością poruszały się samochody i dlaczego kierowca Forda nie zauważył Toyoty. Jednak dla rodziny 5-latka żadne wyroki sądu nie przywrócą życia ich ukochanemu synkowi.
Edyta Karys
