Popołudnie w Urzędzie Miasta w Legionowie zamieniło się w sceny rodem z gangsterskiego filmu. Rozjuszony 40-latek, ziejący alkoholem i nienawiścią, wtargnął do jednego z biur, by „wymusić” na urzędnikach przydział mieszkania. Zamiast kluczy do nowego lokalu, dostał jednak kajdanki na ręce i bilet do policyjnej celi.
Demolka w białych rękawiczkach? Nie, to był brutalny szał
Wszystko wydarzyło się około godziny 15:00, tuż przed końcem pracy urzędu. Mieszkaniec Legionowa, niezadowolony z decyzji urzędników, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, dosłownie. Agresja mężczyzny szybko wymknęła się spod kontroli. Zamiast merytorycznej rozmowy, pracownicy magistratu usłyszeli wiązankę wulgaryzmów, a w pokoju zaczęły latać elementy wyposażenia.
Na miejsce natychmiast wezwano policję. Mundurowi zastali 40-latka w amoku. Szybko wyszło na jaw, co było paliwem dla jego odwagi, badanie alkomatem wykazało blisko 1,5 promila alkoholu w organizmie.
Zarzuty po wytrzeźwieniu
Agresor spędził noc w areszcie, gdzie powoli dochodził do siebie. Gdy promile wyparowały, na jaw wyszły bolesne konsekwencje jego „występu”. Podkomisarz Agata Halicka z legionowskiej policji nie pozostawia złudzeń co do winy mężczyzny.
Z ustaleń funkcjonariuszy wynika, że mężczyzna zachowywał się bardzo agresywnie: wykrzykiwał wulgaryzmy oraz zniszczył elementy wyposażenia jednego z pomieszczeń urzędowych. Powodem jego zachowania miało być niezadowolenie z faktu nieotrzymania lokalu mieszkalnego
– przekazała rzeczniczka.
Lista przewinień 40-latka jest długa. Usłyszał już zarzuty znieważenia funkcjonariuszy publicznych oraz naruszenia miru domowego. Prokurator nie miał litości – krewki legionowianin został objęty policyjnym dozorem. Teraz o mieszkanie będzie mógł się starać co najwyżej podczas regularnych wizyt na komendzie.
Roman Opolski
