Miał być ekologicznym hitem i gwarancją świętego spokoju, a stał się towarem deficytowym. Na Mazowszu trwa gorączkowe poszukiwanie pelletu. Mieszkańcy regionu, którzy zaufali nowoczesnym systemom ogrzewania, dziś zostają z zimnymi kaloryferami lub muszą płacić astronomiczne kwoty za paliwo wątpliwej jakości.
Nie ma czym palić
Zima w tym roku nie odpuszcza, co obnażyło słabość rynku biomasy. Pan Andrzej z Siedlec, który kilka sezonów temu wymienił stary piec na nowoczesny kocioł, w rozmowie z Portalem Mazowieckim nie kryje irytacji obecną sytuacją.
Człowiek chciał być eko, a teraz czuje się oszukany. Wykonałem dziś kilkanaście telefonów do dystrybutorów w promieniu 50 kilometrów. W większości miejsc śmieją mi się w słuchawkę, mówiąc, że listy zapisów są zamknięte do końca miesiąca
– opowiada nam Andrzej Woźniak, mieszkaniec Siedlec.
Problemem jest nie tylko brak towaru, ale i jego drastycznie spadająca jakość. Użytkownicy skarżą się, że dostępny na rynku pellet częściej przypomina sprasowane odpady niż pełnowartościowe paliwo.
Kupiłem okazyjnie dwie palety, ale to dramat. Piec co chwilę się wyłącza, w środku robią się twarde spieki, a popiołu jest tyle, jakbym palił zwykłym miałem. Boję się, że zniszczę sobie drogi palnik
– dodaje pan Andrzej.
Składy świecą pustkami, dostawcy rozkładają ręce
Lokalni przedsiębiorcy, którzy na co dzień zaopatrują mieszkańców Mazowsza, sami znaleźli się w kleszczach. Zamówienia, które powinny dotrzeć tygodnie temu, wciąż widnieją w systemach jako „w realizacji”.
Sytuacja jest podbramkowa. Moi stali klienci przychodzą i błagają o choćby dwa worki, a ja mam magazyn wyczyszczony do zera. Producenci tłumaczą się mrozami i paraliżem logistyki, ale prawda jest taka, że surowca po prostu brakuje u źródła
– wyjaśnia Tomasz Nowakowski, właściciel składu opału.
Wielki powrót „kozy” i zapowiedzi resortu
Gdy nowoczesna technologia zawodzi, mieszkańcy Mazowsza przypominają sobie o najprostszych rozwiązaniach. W sklepach budowlanych i u rzemieślników gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na tradycyjne piecyki wolnostojące.
Ludzie kupują 'kozy’ na potęgę. Traktują to jako system ratunkowy. Mówią wprost: pellet jest teraz tak drogi, że taniej wychodzi mi postawić żeliwny piecyk w salonie i przepalić drewnem, niż kupować tonę pelletu za 2,5 tysiąca złotych
– zauważa Marek Wiśniewski, lokalny przedsiębiorca handlujący urządzeniami grzewczymi.
Ministerstwo Energii stara się uspokoić nastroje, wskazując na planowane zwiększenie podaży drewna z Lasów Państwowych do poziomu 41 milionów metrów sześciennych. Wiceminister Konrad Wojnarowski zapowiada systemowe zmiany, które mają zapobiec powtórce kryzysu w przyszłym roku. Eksperci ostrzegają jednak: jeśli prognozy dotyczące pozyskania surowca się nie sprawdzą, przyszły sezon może być równie trudny dla portfeli Polaków.
Ewa Sztechman
